Artykuły
- Strona główna
- Artykuły
- Opowiadania i felietony
- Dziękuję ci Boże
Dziękuję ci Boże
Rezerwat piękna
Wysiadłem w Żmigrodzie. Czekał na mnie Zygmunt. - Kopę lat stary. To wielka przyjemność,móc odwiedzić ludzi, którzy kochają Polskę. Małe miasteczka potrafią zatrzymać człowieka na dłużej, ale my się spieszymy do słynnej Rudy Żmigrodzkiej (czy Rudej Ż. ), gdzie ?tylko koni, tylko koni, tylko koni brak?. Szkoda, bo mogłyby chodzić sobie swobodnie po drogach. - Jeśli jelenie mogą?! Ale krów też nie widziałem. Nie ma krów, to i nie ma koni. Przecież wiadomo, że one występują razem w przyrodzie.
Dojeżdżamy do niedużego zaścianka. Drogi tu nie szerokie, ale twarde i jest ich pajęczyna. Czasami podskakujemy, ale staliśmy już nieodłącznym fragmentem tej natury. A natura jest tu pod ochroną. W Polsce wszędzie jest pięknie gdzie coś jest pod ochroną. Gospodarz otwiera długą, jednoczęściową bramę. Ta brama, szeroko otwarta, jest również serdecznym zaproszeniem do domu. Jest jeszcze późny dzień. Nieduża, zamknięta centralna część posiadłości jest mikroświatem polskiej słowiańszczyzny. To mała szlachecka zagroda. Dom z zadaszonym gankiem, odnowiony, ale w ten sposób, że nie tracimy szacunku do odwiecznej historii takich siedlisk. Zielony teren przed gankiem zamykają dawne zabudowania gospodarskie, pozostawione stoją, jak stały wieki. Oskrawane, wysuszone po przemoknięciach dechy ścian niegdysiejszej stodoły, obory, stajni, chlewika w jednym. Przechodzi się teraz przez nie na wylot, na zastodole, w celach przeważnie kulturalnych.
Na centralnym podwórcu zieleni się ładnie skoszona trawa, gęsta nie podkopana przez krety. W jej prawie środku klomb z ziół, traw, niskich iglaków, kwiatów polnych, kamieni, kwitnących krzewów, skalniaków, żab kamiennych, poików dla ptaszków i jeszcze jakichś cudeniek, których nie spamiętałem. I to wszystko ma swoją żywotność poruszaną przez wróble kąpiące się w miskach poikowych, że tylko usiąść w jednym z foteli na ganku i zadziwiać się jak wygląda spokój. Dach stodoły zarośnięty prawdziwym winem, równo, z jednej i drugiej strony stodoły, nie martwiący się o pion. Po lewej stronie miejsce parkingowe dla czterokołowca i baba szmaciana, robiąca przy wejściu wrażenie siedzącej staruszki. Po lewej i po prawej płoty, bardziej naturalne, krzewiaste, niż mocne, obronne.
Ludzie żyją tu w sąsiedzkiej symbiozie. Odwracając się tyłem do stodoły, staje przed nami widok niby nieskoordynowanego uroku. Dom kogoś,dla którego ciepło rodzinnego domu, włączone jest w ilość niezliczonej ilości drobiazgów, pamiątek, spełniających kiedyś i dzisiaj jeszcze, użyteczną rolę. Przedmioty te wiszą, leżą, stoją, na swoich ustalonych przeznaczeniem miejscach, na zewnątrz i wewnątrz domu.
Prościej byłoby napisać czego tam nie ma, niźli to, co tam jest. Na małym gospodarskim podwórzu stoi rozklekotany erozją, drewniany żuraw. Stoją wokół gliniane dzbany i kamienne garnki. Jest rożen pamiętający różne gastronomiczne celebracje. Kosze, koszyki wiklinowe, kratownice dla pnączy, kłosy zbóż w maselnicy i wiszące doniczki z kwiatami. Kwiaty są kolorowe, i jakby, nigdy nie zrzucające z siebie tych słonecznych barw. Kilka schodków - obok, których, jeszcze kwietnik - i jesteśmy na ganku. Tu możemy spokojnie usiąść w dużych fotelach i ochłonąć, spoglądając na opasującą nas urodę życia.
Weszliśmy do domu. Pierwsze wrażenie nasuwa myśl, że chciałoby się tu mieszkać. Dlaczego przedmioty domowego użytku, które mają duszę, dzieła dawnych rzemieślników, a niekiedy wytwory rąk zwykłych ludzi, oswajają nas aż do takiego stopnia w każdym pomieszczeniu? Jest to pięknie przemyślane. Nie ma znaczenia w jakim pomieszczeniu jesteśmy. Jesteśmy po prostu jak u siebie, jesteśmy w polskim domu. W domu gdzie nie zamyka się drzwi przed gośćmi, a gdzie się o nich zabiega. Gdzie odczuwa się wolność i swobodę. Gdzie gość wysypia się jak dziecko, a właściwie to nie chce mu się spać. Wieczorem i wczesną nocą przyjemnie posiedzieć na ganku by pogadać, popijać piwko, słuchać jak cykają świerszcze, rechoczą żabki, przelatują żurawie, ryczą jelenie, szczekają koziołki. Wszystkie głosy przyrody są teraz słyszalne.
Zygmunt przygotował różnorodną kolację. Na ganku łasi się kotka Józia, wracająca na swoje wieczorne danie. Powróciliśmy po kolacji na ganek. Starocie we wnętrzach zwracają na siebie uwagę i od początku zaczynamy je honorować. Tu, choć jest czysto, to brak odrobiny kurzu wywoływałby zamieszanie, i nie czulibyśmy się tak swojsko i na luzie. Na poddaszu sypialnie z widokiem przez okna dachowe na rozłożysty świerk, wyrastający z podwórza. Przyglądamy się księżycowej ciszy i gwiazdom, pomiędzy, którymi snują się niewielkie dymy obłoków, mijających Rudą Biedaczkę. Jeszcze słychać ostatnie delty żurawi wracających z żerowisk, gdzieś na Stawach Milickich. Królestwo ptaków i zwierząt leśnych popada w czujne odrętwienie.
Ale jeszcze nie jesteśmy sami. Słychać wyciszony stukot, jakby niezdecydowane, bojaźliwe pukanie do bramy. Odwracamy się. Światło księżyca rozjaśnia jezdnię obok domu. A tam... stajemy z otwartymi szeroko oczami, a tam, jeden za drugim, przesuwa się prawie bezgłośnie, rząd jeleni, jak grupa cichociemnych, widzących nawet w nocy. Podchodzimy metr bliżej bramy. Nieruchomiejemy. Przyglądamy się,jak zjawom, tak jak one nam. Białka ich oczu, jak na komendę: na lewo patrz, błyskają jak latarki. Defiluje przed nami jedenaście jeleni, jeden za drugim. Nie zrażone idą stępa. Lekko, niewidocznie się poganiając. Nie możemy zrobić zdjęcia, możemy się tylko wpatrywać w ten cud.
Po takiej chwili można na jakiś czas zaniemówić. A nawet trzeba zaniemówić, żeby oddać im honory łowców. Trudno będzie zasnąć. Czuję, że jestem w świecie bajek, bajań i baśni. Żaden pies w tym czasie nie zaszczekał, nie zaszeleścił żaden ptak. To wygląda na jakiś uświęcony tradycją rytuał z szacunku do stworzenia naszego świata.
Dom podzielony był kiedyś na dwie części, czyli na dwa domy. Pozostawiono tylko jedne schody na piętro. Takie same pozostały jak sto lat temu. Trudno, trzeba skończyć ten dzień, żeby dość wcześnie porwać się jutro na zdobycie Wrocławia. Pachnąca pościel, przygotowana przez żonę Zygmunta ? Irminę, wchłania w końcu każdego. Tylko skąd ta nazwa ? Ruda Biedaczka.
Wypadało w tym miejscu podziękować Panu Bogu
Dziękuję ci Boże
Dziękuję Ci Boże,
że w nas nie budzisz
nadludzi,
że w modlitwach
drogę obierasz
ojca i bohatera,
i tym się trudzisz.
Dziękuję Ci Boże,
że przyjechałeś
że możesz,
w przypływy i
odpływy,
i w nasze
nieświęte porywy.
Dziękuję Ci Boże,
że nas kochasz
nawet w
proteście, gdy
nasza miłość
jest już po teście,
w małym areszcie.
Dziękuję Ci Boże,
że cieszy Cię
nasze życie,
gdy mamy kotwicę,
o twardy grunt
zaczepioną
Twoją Koroną.
Pozdrawiam, z szacunkiem, JACK
Udostępnij:
zygasz69- 11.10.2011 15:57:07
Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności.Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies




