Artykuły
- Strona główna
- Artykuły
- Nauczyciele
- Nasze profesorki w mundurach
Nasze profesorki w mundurach
od września 1964 podziwiałem nasze nauczycielki
Jest rok 1964,wrzesień. Dziewiętnaście lat po wojnie. To tylko zbieg okoliczności i dygresja, ale i pewnego rodzaju klimat otwarcia. 1-wszy września, pierwszy dzień w Technikum. Tego dnia w ogóle nie pamiętam. Drugiego - zaczęły się lekcje. A może trzeciego?
Obiecano nam wkrótce drelichy. Nastrój "inicjacji" związany jest z mundurem. Do munduru mieliśmy szacunek, od samego początku. To przecież także historia. Może i my przejdziemy do niej, może tylko niektórzy z nas,a może nikt ? Ale przez te pięć spodziewanych lat nauki, naszą historię będą tworzyć nasi nauczyciele. To ONI na pewno przejdą do naszej historii. Historia lubi się powtarzać - niektórzy z nas, z tego skorzystają. Skorzystają również z niekończącej się nauczycielskiej cierpliwości.
Nie jestem jeszcze dyplomowanym Alzheimerem ? nikomu tego nie życzę ? ale nie pamiętam jaki przedmiot był naszą pierwszą lekcją. Wśród przeglądu całej listy, wypadło na język polski. Może moi koledzy mnie poprawią, jeśli to moja fatamorgana. Ale na razie się upieram, że tak było. W elegancko skrojonym mundurze, można powiedzieć, w szykownym klasycznym żakiecie, weszła do ?klasy? profesor Maria Bednarska. Trzeba przyznać, że w tamtych latach, we Wrocławiu, krawiectwo mundurowe stało na wysokim poziomie. Przede wszystkim damskie. Choć nie tylko. Nie ustępowało we wzorcach trendom w aktualnej modzie. Fakt, że trzeba było mieć sylwetkę. No i szczęśliwym trafem w naszej szkole panie profesorki miały tą sylwetkę.
Lekcje. Oczywiście wszystko zaczyna się od spojrzenia sobie w oczy. To spojrzenie z naszej strony zawsze na początku ma zrobić dobre wrażenie. Ale pani profesor widać jest odporna i obznajomiona z takimi gestami. Od spojrzenia w oczy ? jakżeby inaczej, wzrok przyszłych dyplomowanych techników zaczyna oswajać się z całą perspektywą. Z proporcjami, z ładem, z wyrazistością, z czystością linii, z figurą, która na nasze szczęście, nie jest figurą geometryczną. Jakże przyjemnie będzie uczyć się języka narodowego u pani profesor. Ale skąd u diabła ten pseudonim: "Hiena" ??? Nie rokuje on łatwej drogi do sukcesu. No cóż,jesteśmy w końcu w szkole przeżycia. Nie przypuszczałem, a powinienem, że osobnikom rodzaju męskiego będą się podobać kobiety w mundurach. Ale co prawda, to prawda.
Pani profesor była kobietą energiczną, taką która od wejścia do klasy przystępuje do swoich obowiązków. Ale, byli koledzy, którzy potrafili najpierw wymusić uśmiech na jej twarzy, bo najlepiej było, gdy czas pracował dla nas. Odstępy między ławkami umożliwiały do pewnego stopnia opuszczenie wzroku na blat ławki. To nie rzucanie się w oczy, chowanie się za poprzednikiem, markowanie jakiegoś zajęcia było do pewnego stopnia możliwe u pani profesor. Zresztą nie tylko u pani Marii Bednarskiej. Jak się udało to dobrze, jak nie, to i tak wstyd mijał do następnej lekcji.
Przypominam sobie, że w ciągu pięciu lat nauki, prawdopodobnie ani razu nie zgłosiłem się do odpowiedzi. I to nie tylko z tego przedmiotu. To jest sztuka. Ale ile to mnie nerwów kosztowało i kręcenia głową. Wydaje mi się, że nie doprowadzaliśmy do szału naszych wykładowczyń. Do pań profesorek ? wszystkich, bez wyjątku ? zawsze mieliśmy szacunek. To się rozumie samo przez się.
Pani profesor ukrywała pod zuchwałą miną pełną swobodę swojej osobowości ? tak myślę. Jej uśmiechnięta twarz była powściągana jakby zaciągniętym ręcznym hamulcem. Uśmiech był niewymuszony, ale delikatny, prawie ukryty. Pani profesor umiała połączyć bujanie myślami w obłokach za oknem, ze skupieniem podawania nam informacji z tematu lekcji. Raczej nie spoglądała na nas i to nas uspokajało. Mieliśmy pewność, że była sprawiedliwa. O wiele rzeczy chciało by się spytać panią profesor. Np. jaką satysfakcję i czy w ogóle dało pani profesor nauczanie naszej klasy, czy wchodziła do naszej klasy z przyjemnością? Czy w ogóle wchodzi nauczyciel do jakiejś klasy z przyjemnością? Pewnie były takie z wybitnymi uczniami.
Chciałbym dowiedzieć się od pani profesor jak przełykała lektury o prowieniencji bolszewickiej, które musiała nam zlecić do czytania? Choć teraz rozumiem, że wyboru nie miała. Na maturze oddawałem pracę z języka polskiego jako ostatni z wszystkich kolegów. Zwrócił na to uwagę pan dyrektor Cieśla, a pani profesor Maria Bednarska dodała : ostatnia- ale najlepsza. Wcale nie byłem takim optymistą i pewnie była to uwaga grzecznościowa. Że też nie udało mi się potwierdzić tego później w normalnym życiu.
Pani profesor Jadwiga Krutul miała pseudonim "Szprycha", który mógł dowodzić złośliwości twórcy. Ale tego się nie dowiemy. Pani profesor była przykładem elegancji w szkolnych strukturach mundurowych. Jak moglibyśmy powiedzieć - była pod tym względem bardzo pryncypialna, stanowcza. Ale ja osobiście to doceniałem. W pewnym sensie łączyło się to z przedmiotem, który nam wykładała, przedmiotem ścisłym. Mundur pani profesor był cudownie dopasowany. Połączenie wyprostowanej postawy z pewnym, nawet trochę wyniosłym, ale eleganckim, dyplomatycznym krokiem było nie do podrobienia. Przydawało to pani profesor jeszcze większej powagi, niż chociażby już sama waga przedmiotu.
Nigdy nie zakosztowaliśmy ze strony pani profesor złośliwości. Wręcz przeciwnie. Co prawda pani Jadwiga nie uśmiechała się do nas zbyt często, ale była bardzo cierpliwa i wyrozumiała. Nie można było oczywiście nadużywać jej cierpliwości. Była czuła na ściąganie podczas klasówek. Ale dopuszczała ściągi w jednej postaci. Mogę to powiedzieć, gdyż mi to się przytrafiło. Jakbym przeczuwał wymagania naszej profesor. A może byłem pierwszym inicjatorem tego sposobu. Ściągawkę, którą podałem koledze ? o ułamek sekundy za późno ? zauważyła pani profesor. Nie podawałem na niej kompletnego rozwiązania zadania. Podałem na niej tylko sposób jego rozwiązania, bez gotowych wyliczeń i części wzorów. Pani profesor przejęła tę moją "przesyłkę", popatrzyła na nią i powiedziała: - taką możesz podać, i podała ją koledze w drugim rzędzie.
Lubiłem matematykę, bardziej geometrię niż algebrę. Figury i bryły były dla mnie namiastką rzeczywistego świata, a ja chciałem wiedzieć czy świat jest obliczalny. Pani profesor miała matczyne podejście. Potrafiła, gdy już pewnie musiała,pociągnąć delikwenta za ucho. Była elegancko statyczna, wręcz niedostępna, dla niej istniała tylko matematyka i my, uczniowie. Wyraźnie akcentowała wszystkie formułki i dowody, tak, żebyśmy nie mieli wątpliwości, że one jednak powstały.
Trudno było nie wierzyć pani profesor. Wtedy matematyka wydawała się bardzo przydatna i potrzebna nawet do zabawy. Ale, oczywiście wykształciła w nas inne cechy czy instynkty. Nasze umysły mogły zaprzęgać do działania wyobraźnię. Wyobraźnia w PRL-u była bardzo potrzebna. To co się posiadało, stawało się po prostu dla człowieka wszystkim. I zostały mi w pamięci nasze panie profesorki, w białych bluzkach, często krawatach i dopasowanych, nieskazitelnych mundurach. Jak mógłbym zapomnieć ich postaci, charaktery? Wszyscy pamiętamy.
Jak to dobrze, że są koledzy, którzy docierają do naszych pań i panów profesorów. Robią to za całą nas resztę, by ocalić i poszerzyć wspomnienia.
Udostępnij:





Kliknij przycisk `Akceptuję`, aby ukryć ten pasek. Jeśli będziesz nadal korzystać z witryny bez podjęcia żadnych działań, założymy, że i tak zgadzasz się z naszą polityką prywatności.Przeczytaj informacje o używanych przez nas Cookies